Kurs wolności słowa w Białorusi: 350 euro za czytanie, 8 lat za pisanie
Autorski reportaż z wystawy zakazanych książek
Jeśli książka to, między innymi, wizualizacja symboli, to wystawa książek staje się dla nich szkłem powiększającym. Co zatem zobaczyli w gdańskim Europejskim Centrum Solidarności odwiedzający projektu wizualnego poświęconego literaturze zakazanej przez białoruskie władze? Jak zinterpretowali oryginalne w formie plakaty i potężny ładunek informacji przygotowany przez zespół Białoruskiego PEN-u?

Cele: pisarze i czytelnicy
Wystawę można było już zobaczyć na początku jesieni w Krakowie – na 91. Międzynarodowym Kongresie PEN, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Ponieważ ten problem dotyczy nie tylko nas: próby kontrolowania słowa to niestety powszechna na świecie praktyka. Inna sprawa, jak na tym tle prezentuje się nasza rodzima niszczarka do książek. To tu ujawnia się katastrofalna przepaść, zarówno kulturowa, jak i polityczna, która pogłębia się w zatrważającym tempie.
We wrześniu mówiono o 222 zakazanych książkach i 179 autorach. W połowie listopada liczby te wzrosły odpowiednio do 258 i 208. To wzrost o ponad 16% w zaledwie półtora miesiąca!
Szkoda tylko, że w takim tempie nie rosną zarobki pisarzy i czytelników… Jest wręcz przeciwnie. Pisarzom uznanym za „ekstremistów” grozi szeroki zakres poważnych sankcji, a czytelnikom-ryzykantom — nawet przypadkowym — grozi areszt administracyjny do 15 dni oraz grzywna do 1260 rubli. Dotyczy to nawet sytuacji, gdy decyzja o zakazie książki zostaje wydana już po jej zakupie.
Odwiedzający wczytują się w teksty na wystawie i szybko przeliczają w głowie:
– Jakieś 350 euro. Aha, mam w domu na pewno z pięć takich książek – za tyle mógłbym kupić niezłego używanego forda.
Tyle wynosi dziś w Białorusi kurs wolności czytania: niemal dwie trzecie średniej miesięcznej pensji.
Pani Volha staje przed plakatem poświęconym książce „Białoruski Donbas” autorstwa Kaciaryny Andrejevej i jej męża Ihara Iljaša.
– W 2020 r. byłam po prostu zachwycona reportażami Kaci z mińskich ulic. Oglądałam je, bo akurat czytałam jej książkę, bliską mojemu sercu. Urodziłam się w Ukrainie i byłam tam do piątej klasy. Mam tam wielu krewnych i znajomych, dlatego dobrze wiem, że wszystko jest tam wiernie opisane. I za to, za rzetelność – osiem (!) lat więzienia! Niech Bóg da i jej, i Iharowi siłę, żeby wytrzymać to szyderstwo.
Żeby być precyzyjnym, należy dodać: autorom takich książek, w myśl zbrodniczej logiki reżimu, może grozić nawet do sześciu lat pozbawienia wolności. Ogółem za swoją działalność zawodową i korzystanie z wolności słowa Kaciaryna Andrejewa otrzymała 8 lat i 3 miesiące za rzekome „przekazanie sekretów państwowych Republiki Białorusi obcemu państwu, organizacji międzynarodowej lub zagranicznej bądź jej przedstawicielowi”…
Jaŭhien, niegdyś przedsiębiorca z Witebska:
– Wystawa budzi przede wszystkim ogromny szacunek dla ludzi, których pracę, z jakichś wydumanych powodów, opierając się na dzikich, zacofanych wyobrażeniach, nazwali „ekstremizmem”, „działaniem na szkodę państwa i moralności”. Uznali, że trzeba ich zakazać. Pilnować. A najlepiej to je unicestwić: spalić w kotłowniach, zepchnąć buldożerami do masowego grobu dla książek. Wielkie uznanie dla pisarzy, solidarność z ludźmi słowa. I podziękowania dla organizatorów wystawy.
Pytamy publicystę, autora wielu książek i bibliotekarza Radia Swaboda, Alaksandra Łukaszuka:
– Dwie książki z tegorocznej krótkiej listy do Nagrody Giedroycia – pańska oraz Kloka Štučnego – już trafiły na listę „ekstremistycznych”. Zeszłoroczny laureat („Syzyf” Akudoviča) również. Przypadek czy reguła? Nowy rodzaj cenzury, która zmienia sukces literacki w paragraf? I co z tym zrobić?
– Redagowanie różni się od cenzury tym, że pierwsze ma do czynienia z pięknem, a drugie z władzą. Władza w ogóle ma nie tylko prawo, ale czasem i obowiązek zakazywać tego, co szkodzi wolności człowieka i społeczeństwa.
W Białorusi zakazy wynikają ze strachu. Władza boi się o siebie, boi się słów, boi się milczenia, boi się jutra, boi się wczoraj, boi się języka, boi się Giedroycia.
Człowiek, który się boi, nie może pisać. A człowiek, który pisze, się nie boi.
Jednak najstraszniejszy dla władzy jest człowiek, który czyta. Pisarzy można wystrzelać, powsadzać do więzień, a czytelnicy – właśnie ich boi się władza, gdy zakazuje książek.
Cele: Białoruś i wolność
Rozmawiamy z Mikałajem Sapieńką, który znalazł się na przymusowej emigracji politycznej i mieszka teraz w Gdańsku. Na prośbę o podzielenie się wrażeniami z wystawy, odpowiedział pytaniem:
– Jeśli zastanowić się nad skalą obecnej cenzury i prześladowań za odmienne poglądy, to czy w ogóle przez ideologiczną ekspertyzę przeszedłby dziś Francišak Skaryna?
– Znakomita refleksja! Sądzimy, panie Mikałaju, że przy zbiegu okoliczności i jego mogliby „zakazać”, tak jak Vincenta Dunina-Marcinkieviča czy Łarysę Hienijuš, Maksima Hareckiego… Przecież w książkach naszego luminarza jest refleksja nad godnością narodową i otwartość de facto europejska… Czyż to nie podejrzane dla obecnej władzy?
Opinia Mikałaja, który w Brześciu był inżynierem, a dziś pracuje w gdańskim porcie przy załadunku:
– Właśnie się dowiedziałem, że historia zakazywania białoruskich książek ma ponad 185 lat, a zapoczątkował ją rosyjski carat w 1840 r. To oczywiste, że „Psy Europy” Bachareviča potępiono właśnie za nasze zerwanie z „mateczką Rosją” i zwrot ku Europie. To nic innego jak kontynuacja carskiej cenzury.
Przeczytajmy, jak sama książka tłumaczy swój zakaz:
„…Bo przedstawiam mroczną wizję przyszłości, w której Białoruś zostaje zaanektowana przez Imperium Rosyjskie. Bo opowiadam o rosyjskim faszyzmie i o tym, jak to imperium rozpoczyna nową wojnę światową. Bo jestem literaturą europejską, napisaną przez wolnego pisarza i po białorusku. Bo moim głównym tematem jest wolność.”

Odwiedzający docenili zresztą kreatywność organizatorów, między innymi właśnie za tę formę prezentacji – oddanie głosu „rozstrzelanym książkom”. Wysoko oceniono też oprawę wizualną wystawy. Wysoko oceniono też oprawę wizualną wystawy.
Komentuje analityk polityczny agencji informacyjnej Pozirk, laureat nagrody „Głos Pokolenia Wolności”, Alaksandr Kłaskoŭski:
– Władze Białorusi starannie prowadzą aż dwie listy zakazanej literatury: na jednej są publikacje „ekstremistyczne”, a na w drugiej te, które mogą „wyrządzić szkodę interesom narodowym”. Obydwie etykietki są obłudne. To w dużej mierze po prostu prześladowania polityczne. Zakazane zostają książki Pavła Siewiarynca, Uładzimira Niaklajeŭa, Łarysy Hienijuš – tych, którzy nie ukorzyli się przed władzą.
I śmiech, i grzech: Łukaszenka ubolewa nad tym, że nikt nie potrafi wymyślić dobrej idei narodowej, a tymczasem jego urzędnicy zakazują zbioru „Białoruska idea narodowa”. Najwyraźniej myśli zawarte w tej książce nie mieszczą się w prokrustowym łożu łukaszyzmu.
Władze chcą mieć monopol na historię, dlatego zakazały na przykład książki „NKWD zabijało w Kurapatach …” czy dzieł Uładzimira Arłoŭa.
Gdyby streścić, co kieruje reżimowymi cerberami, byłyby to ciemnota i tępota. Pierwsza jest oczywista. A druga przejawia się w tym, że w dobie internetu tworzenie takich czarnych list to daremny trud. Wolne słowo i tak dotrze do czytelnika.
Cele: historia i współczesność
Dołączają do nas kolejni goście wystawy. Łukasz i Magdalena, polscy programiści, którzy pracują z kolegami z Białorusi i przyszli tu razem z nimi.
– Zaciekawił nas ten plakat z Hanyą Yanagiharą. No czym mogło zawinić „Małe życie”?! To przecież niesamowite, że książka o wstydzie, miłości, traumie i akceptacji staje się światowym bestsellerem! Świat i Polska czytają z wypiekami na twarzy, a w Białorusi zakazują…
Typowa reakcja odwiedzających wystawę: no jak te książki mogą być niebezpieczne dla łukaszenkowskiego urzędnika?
A tak, że wywołują empatię i zmuszają do współodczuwania, a tym samym przełamują lęk przed innością.
Według danych zebranych przez Białoruski PEN, na początku sierpnia 2023 r. na liście znalazło się ponad 80 książek zagranicznych autorów. Wśród „wrogów reżimu” są twórcy o światowej renomie: Anne Applebaum, James Baldwin, Fredrik Backman, Gene Sharp… Wszyscy oni piszą o godności, wolności i prawie do samostanowienia – czyli o wszystkim tym, co reżim postrzega jako śmiertelnie niebezpieczne.
Władza boi się książek, które uczą samodzielnego myślenia, historycznej pamięci, wątpienia i brania odpowiedzialności. To właśnie jednak te teksty prowadzą do „świata po strachu”, gdzie wolność oznacza zaangażowanie i szacunek, a sprawiedliwość to codzienna praktyka obywatelskiej odwagi.
A jeśli spojrzeć na to wszystko przez lupę absurdu, można dojść do naprawdę zdumiewających wniosków…
– Nawet rosyjscy twórcy są traktowani jako obcy – rozważa pan Zmicier, były mieszkaniec Mohylewa. – No dobra, rozumiem jakiegoś Suworowa, ale tomik poezji Brodskiego…
Zaczynamy razem dociekać i okazuje się, że powodem był prosty rysunek na okładce Bogu ducha winnego zbioru – stateczek w przypadkowych biało-czerwono-białych barwach.
Słyszę z tej okazji replikę: „Byle się czegoś doszukać…”.
A skoro już o folklorze mowa, warto przypomnieć stare porzekadło: strach ma wielkie oczy. Strach reżimu przed prawdą, która rozbija w pył obraz rzeczywistości kreowany przez propagandę.
Wystawa PEN-u dobitnie pokazuje, że uzasadnienia decyzji ideologicznych komisji i sądów są praktycznie zerowe, co nadrabia się morzem urzędniczych frazesów. Te dokumenty wyglądają jak kopie tego samego tekstu: zestaw ogólników z ustawodawstwa, kopiuj-wklej, obojętnie, czy chodzi o literaturę faktu, czy o lirykę.

Komentuje poetka, przewodnicząca Białoruskiego PEN-u, Tacciana Niadbaj:
– Zebrane na naszej wystawie książki są bardzo różne: pod względem gatunków, poruszanych tematów, geografii, głębi ludzkiego doświadczenia. Jednak coś je łączy: odrzucają ideę państwa totalitarnego. Pokazują inne modele życia, alternatywne wersje rzeczywistości. Te dzieła oraz ich autorzy nie stawiają granic ani emocjom, ani myślom – i dlatego są niebezpieczni.
Prawdziwa literatura nie podporządkowuje się władzy, a po prostu słucha życia, łapie jego oddech i przez to zarówno odzwierciedla, jak i formuje nowy porządek społeczny. Nie usługuje – oto jej główna wina wobec dyktatury.
Przez absurdalnie powiększające szkło urzędniczej optyki nawet u naszego pierwszego drukarza można by znaleźć „niebezpieczne” linijki. A ileż to „bomb z opóźnionym zapłonem” ideolodzy widzą w dziełach Kupały, Arsiennievej, Łastoŭskiegp, Niaklajeŭa, Bachareviča, Sieviarynca… U naszych klasyków, u współczesnych, u autorów z zagranicy.
W kraju, w którym prawda jest zagrożeniem, a działanie na rzecz ludzi – podejrzanym aktem, słowa wolnych twórców brzmią jak wyzwanie. Stają się pretekstem do zakazu. Ponieważ nie chodzi o pokorę wobec kolejnego naczelnika, a o odpowiedzialność przed sobą i Białorusią.
Życie uczy: w historii nie ma takiego cenzora, który pokonałby słowo. Książkę można spalić, ale sens pozostanie. Myśli można zniewolić, ale nie uciszyć. I właśnie dlatego literatura pozostaje najpotężniejszą formą wolności. Taką, która przetrwa każdy reżim.
Zdjęcia: Białoruski PEN | Alaksandr Drahavoz.